**Chester**
Mija pół godziny. Widzę tylko jak co kilka chwil wychodzą i wchodzą lekarze i pielęgniarki. Do szału doprowadza mnie to czekanie. Nagle słyszę długi piszczący sygnał. Wszyscy biegną do jej sali. Kurwa mać... chciałbym tam teraz wejść i coś zrobić a nie stać na korytarzu i czekać.... czekać na jebaną odpowiedź która brzmi "wszystko będzie dobrze" albo "jest gorzej niż mogliśmy się spodziewać"
Wychodzą wszyscy z pokoju. Nie wyrabiam i zatrzymuje jednego z lekarzy. Ma na imię Gregory, nazwiska nie zdołałem przeczytać.
- Co z nią ? - pytam w końcu zdenerwowany. Zaciskam i rozluźniam pięści, dostałem chyba nerwicy.
- Jej stan jest aktualnie stabilny ale myśleliśmy, że przecięła sobie tylko jedne żyły, niestety pomyliliśmy się. Pocięła sobie całe nogi ... od ud po stopy - w tej chwili do mnie dociera, że to może być moja wina. Zaraz wróć... nie może ale na pewno. Wyszedłem z domu i po prostu ona pewnie udała się do łazienki i zrobiła to.
- Nie wiemy jakie są jej szanse. Przykro mi, a pan powinien się chyba przebrać - lekarz odchodzi a ja siadam na krześle i już chciałem chować twarz w dłonie lecz zobaczyłem, że mam krew na nich. I to nie byle jaką krew tylko JEJ krew. Spoglądam na bluzkę i widzę, że zamiast białej czystej bluzki mam flagę Polski. Spodnie też się do niczego już nie nadają, również są całe pokryte krwią. Nie chce jechać do domu, chce być jak najbliżej jej. Nie pozwolę aby przeze mnie zginęła.
** Amy, czwarta rano **
Światło, takie białe ostre na końcu ktoś stoi, ruszam do tego kogoś lecz w pewnej chwili widzę, że to nie będzie dobry pomysł dlatego iż stoi tam mój oprawca. Ten który zniszczył mnie, ten który zginął na miejscu a ja, pierdolona Amy Farrell przeżyła jako kaleka do końca życia.
Nogi same zaczynają mi się cofać w pewnym momencie biegnę w tył a oprawca się śmieje.
Widzę ostre światło i słyszę głosy. Gdzie ja jestem ? Umarłam to jest niebo ? Jeśli tak to trochę tutaj głośno.
Odwracam powoli głowę i spoglądam na nadgarstek. Bandaż. Czyli nie umarłam. Chce się przewrócić na bok, jednak nie mogę, pełno jakiś rurek. Pod nosem mam tlen na klatce pełno elektrod, chyba z dwadzieścia. Każda podłączona pod jakiś sprzęt. Zerkam na zgięcia rąk. Dwa wenflony i kroplówki. W jednej jest krew, którą mi prawdopodobnie przetaczają a w drugiej jakiś płyn, który nie pozwoli mi się odwodnić. Obracam głowę w lewo do drzwi, ciągnie mnie coś. Cholera ! Jakiś antybiotyk podawany przez drogę w szyi. Nie przyjemne uczucie.
Odkrywam się i widzę, że moje nogi są obłożone lodem i zabandażowane. Po co oni to robili... trzeba było je od razu uciąć - wywracam oczami na tę myśl.
Ciekawi mnie czy ktoś tu jest. Chętnie bym poje.... a tak, nie mam nawet czym.
Wchodzi lekarz. Starszy facet o lasce, patrzy się na mnie lekko zaciekawiony.
- Wszystko gra ? - pyta w końcu.
- Powiedźmy, że jest okey... a zapytam się czy ktoś siedzi na korytarzu ?
- Tak, chłopak, który cię tutaj przywiózł.
- Jeśli pan może to mógłby go pan zawołać ?
- No dobrze - mówi i wychodzi z pokoju.
Nogi same zaczynają mi się cofać w pewnym momencie biegnę w tył a oprawca się śmieje.
Widzę ostre światło i słyszę głosy. Gdzie ja jestem ? Umarłam to jest niebo ? Jeśli tak to trochę tutaj głośno.
Odwracam powoli głowę i spoglądam na nadgarstek. Bandaż. Czyli nie umarłam. Chce się przewrócić na bok, jednak nie mogę, pełno jakiś rurek. Pod nosem mam tlen na klatce pełno elektrod, chyba z dwadzieścia. Każda podłączona pod jakiś sprzęt. Zerkam na zgięcia rąk. Dwa wenflony i kroplówki. W jednej jest krew, którą mi prawdopodobnie przetaczają a w drugiej jakiś płyn, który nie pozwoli mi się odwodnić. Obracam głowę w lewo do drzwi, ciągnie mnie coś. Cholera ! Jakiś antybiotyk podawany przez drogę w szyi. Nie przyjemne uczucie.
Odkrywam się i widzę, że moje nogi są obłożone lodem i zabandażowane. Po co oni to robili... trzeba było je od razu uciąć - wywracam oczami na tę myśl.
Ciekawi mnie czy ktoś tu jest. Chętnie bym poje.... a tak, nie mam nawet czym.
Wchodzi lekarz. Starszy facet o lasce, patrzy się na mnie lekko zaciekawiony.
- Wszystko gra ? - pyta w końcu.
- Powiedźmy, że jest okey... a zapytam się czy ktoś siedzi na korytarzu ?
- Tak, chłopak, który cię tutaj przywiózł.
- Jeśli pan może to mógłby go pan zawołać ?
- No dobrze - mówi i wychodzi z pokoju.
** Chester **
Zasnąłem po prostu najzwyczajniej w świecie zasnąłem, nie miałem siły na nic, na odgłosy z pokoju, na lekarzy. Po prostu to mnie przygnębiało. I wiedziałem, że to wszystko to moja wina.
Słyszę głos, chyba lekarza. Mówi, że Amy mnie woła. Ale czy ja jestem gotowy na spotkanie z nią? - zastanawiam się chwilę po czym ruszam w jej stronę.
Stoję w drzwiach cały we krwi. Cieszę się z tego, że ona po prostu żyje.
Pomieszczenie nie jest duże, najwidoczniej to izolatka. Tylko jedno łóżko pacjenta i jedno dodatkowe gdzie osoba z rodziny lub na prośbę chorego.
Ona tak drobna, przyłączona do tak wielu maszyn, tyle razy pokłuta. Nie wybaczę sobie tego, nigdy.
- Chester ? - zaczynają się moje ostatnie godziny życia.
- Tak ? - pytam ciężko oddychając.
- Czy ty wróciłeś do domu kiedy mnie tutaj przywiozłeś ? - odpowiedź jest banalnie prosta.
- Nie, nie byłem a co ?
- Masz moje DNA na sobie - lekko się uśmiecha.
- Wolałbym tego nie mieć... - mówię to z bólem. Wiem, że to moja wina i to mnie zżera.
- Chester nic mi nie będzie - pociąga kołdrę do siebie i odsłania nogi. Chryste... bandaże już przeciekły a woreczki z lodem zaczynają wyglądać jak sorbet truskawkowy.
- Am, to moja wina. Mogłem cię zabrać do tego pierdolonego parku i to by się nie stało.
- Nie ma to znaczenia i tak bym to zrobiła. Prędzej czy później.
- Amy... - wywracam oczami.
- Co ? - pyta marszcząc brwi.
- Nic, ja już nic nie mówię.
- Chaz, powiedz mi, że nie zadzwoniłeś do Dave'a ... proszę.
- Eh... nie nie zadzwoniłem. Chciałem to zrobić lecz po pierwsze nie zabrałem telefonu i spodziewam się, że jak wrócę to szczątki z niego zostaną a po drugie wiem, że tego byś nie chciała więc nie poszedłem do żadnego automatu ani nic.
- Dziękuję ci, kochany jesteś - przynajmniej za coś mi dziękuje, zaraz, chwila, co ? Ja kochany ? Eeeee z jej ust ? Chyba się w głowę nieźle walnęła albo leki tak na nią działają, bo ona sama tego by nie powiedziała. Zezwała by mnie przy pierwszej okazji od debila, palanta, idioty i jeszcze bym tak długo wymieniać.
- Jedź do domu ... - mówi w końcu.
- A mam jakiś powód ?
- Jedź, ubierz się jak człowiek a nie jak chodząca śmierć, wyjdź z Axelem i go nakarm.
Przeklinam w duchu, że muszę teraz opiekować się tym potworem. Przy tym zaciskam pięści po czym się głupio uśmiecham.
- Też cię kocham, a teraz jedź - uśmiecha się szeroko.
Ze ona mnie co ?! Heee ?! To ewidentnie morfina. Nie mam po co tutaj stać więc jadę do domu.
Słyszę głos, chyba lekarza. Mówi, że Amy mnie woła. Ale czy ja jestem gotowy na spotkanie z nią? - zastanawiam się chwilę po czym ruszam w jej stronę.
Stoję w drzwiach cały we krwi. Cieszę się z tego, że ona po prostu żyje.
Pomieszczenie nie jest duże, najwidoczniej to izolatka. Tylko jedno łóżko pacjenta i jedno dodatkowe gdzie osoba z rodziny lub na prośbę chorego.
Ona tak drobna, przyłączona do tak wielu maszyn, tyle razy pokłuta. Nie wybaczę sobie tego, nigdy.
- Chester ? - zaczynają się moje ostatnie godziny życia.
- Tak ? - pytam ciężko oddychając.
- Czy ty wróciłeś do domu kiedy mnie tutaj przywiozłeś ? - odpowiedź jest banalnie prosta.
- Nie, nie byłem a co ?
- Masz moje DNA na sobie - lekko się uśmiecha.
- Wolałbym tego nie mieć... - mówię to z bólem. Wiem, że to moja wina i to mnie zżera.
- Chester nic mi nie będzie - pociąga kołdrę do siebie i odsłania nogi. Chryste... bandaże już przeciekły a woreczki z lodem zaczynają wyglądać jak sorbet truskawkowy.
- Am, to moja wina. Mogłem cię zabrać do tego pierdolonego parku i to by się nie stało.
- Nie ma to znaczenia i tak bym to zrobiła. Prędzej czy później.
- Amy... - wywracam oczami.
- Co ? - pyta marszcząc brwi.
- Nic, ja już nic nie mówię.
- Chaz, powiedz mi, że nie zadzwoniłeś do Dave'a ... proszę.
- Eh... nie nie zadzwoniłem. Chciałem to zrobić lecz po pierwsze nie zabrałem telefonu i spodziewam się, że jak wrócę to szczątki z niego zostaną a po drugie wiem, że tego byś nie chciała więc nie poszedłem do żadnego automatu ani nic.
- Dziękuję ci, kochany jesteś - przynajmniej za coś mi dziękuje, zaraz, chwila, co ? Ja kochany ? Eeeee z jej ust ? Chyba się w głowę nieźle walnęła albo leki tak na nią działają, bo ona sama tego by nie powiedziała. Zezwała by mnie przy pierwszej okazji od debila, palanta, idioty i jeszcze bym tak długo wymieniać.
- Jedź do domu ... - mówi w końcu.
- A mam jakiś powód ?
- Jedź, ubierz się jak człowiek a nie jak chodząca śmierć, wyjdź z Axelem i go nakarm.
Przeklinam w duchu, że muszę teraz opiekować się tym potworem. Przy tym zaciskam pięści po czym się głupio uśmiecham.
- Też cię kocham, a teraz jedź - uśmiecha się szeroko.
Ze ona mnie co ?! Heee ?! To ewidentnie morfina. Nie mam po co tutaj stać więc jadę do domu.
Miło było ale się skończyło ^^ Pozdrawiam z Łodzi ICZMP ^^ jedzenie boskie -.- dość ;-;
Za błędy bardzo przepraszam ale pisze z telefonu. :)
Za błędy bardzo przepraszam ale pisze z telefonu. :)