sobota, 12 grudnia 2015

Rozdział 14

* Amy *

Poranek nie był taki jakiego się spodziewałam. Nie myślałam, że Dave zgoli aż tak brodę. Bas w rękach Phi Phi ?  Może być ciekawie...
Uśmiecham się do tych dwuch gamoni, któzy gapią się na mnie jak na kosmite.
- No co ? - pytam w końcu.
- A nie mogę się popatrzeć na ciebie ? - Chester głupio się szczerzy.
- Eyyyy... eee nie ? - robię śmieszną minę.
Dave patrzy na nas jak na niedojebów, w sumie to ja mu się nie dziwię. On nic nie wie. Wywracam oczami i podjeżdżam do blatu gdzie stoi kubek z kawą... jak zawsze pod ścianą. Udusze ich kiedyś.
Dave z Chazem patrzą na wiadomości w telewizji a ja wstaje, nogi mi przy tym drża ale sięgam po kubek po  czym chwilę stoje i powoli się odwracam w stronę chłopaków. Stawiam kawę na blacie i opieram się o ich ramiona. Ich reakcja jest natychmiastowa. Obaj się odwracają jednocześnie a ja trace równowagę i lecę na twarz.
Szybko mnie łapią ale trochę za późno... przywaliłam zębami w aneks i przy okazji rozwaliłam sobie wargę. Cholera !!
- Amy wszystko gra ? - słysze Dave'a zanim jeszcze podniosłam głowę.
- Amm ?
- A czy widzisz, żeby było w porządku ? - podnoszę głowę i morduję ich wzrokiem.
- Amy, twoja warga... - Odzywa się Chaz i kuca przede mną unosząc mi lekko brodę i patrząc mi w oczy.
- Nic mi nie będzie - mówię stanowczo i odwracam głowę.
- Am, spójrz na mnie... proszę - kurwa, co ja dziecko jestem ? Wkurza mnie takie coś..
- Jedziemy do szpitala - słyszę nagle.
- Zaraz, co ? Po co niby ?
- Bo krwawisz i to mocno..
- Ale...
- Nie ma ale Amy ! - przerwał mi krzykiem Chaz. Przeszły mnie ciarki, nie lubię krzyku ale jak sama to robie,  to mi pasuje. 
- Ja zostane, nie lubię widoku krwi... - mówi Dave. Eh.. to on jeszcze nie wie co się stało w łazience... i dobrze..
Chester, bierze mnie na ręce i schodzi ze mną na dół, po czym wsiadamy do samochodu.
- Wiesz, że po to jest tu winda abym zjechała sama ? - nie mam dzisiaj humoru.
- Może i tak ale teraz przynajmniej nie uciekniesz.
- Bardzo śmieszne Bennington .. - wycedzam przez zęby.
- Też cię kocham - głupio się szczerzy.
Kręce zrezygnowanie głową.
- Z kim ja żyje... - mówię to na głos i patrze na Chestera.
- Ze mną, Dave'em, resztą i Axelem.
- Czasami mam cię serio dość - wyciągam w jego stronę język. Czuję na nim metaliczny posmak krwi.
Dotykam ręką wargi i czuję nieprzyjemny ból.
- Czy to wygląda gorzej niż myślę ? - patrzę na Chaza.
- Źle nie jest, dla mnie zawsze będiesz piękna - uśmiecha się i delikatnie mnie całuje w nos.. 
Po podróży samochodem, Chester bierze znowu mnie na ręce i zanosi do szpitala.
Sadza mnie na krześle i idzie mnie zarejestrować.
Wraca po chwili z małym ręczniczkiem w krórym jest lód.
- To po to aby opuchlizna troszkę zeszła - powiedział i przyłożył mi zimny ręcznik na rozcięcie.
- Aj... - syczę lekko.
- Bez przesady, będzie dobrze - uśmiecha się delikatnie.
Po chwili daje mi zimny okład abym trzymała i bierze mnie na kolana.
Kilka minut później jestem proszona do gabinetu. Oczywiście Chester mnie zanosi i sadza w fotelu.
- Niech się pani nie martwi, nie będzie bolało - słyszę głos lekarza. Na to ja tylko kiwam głową i zamykam oczy. Chce mieć już to za sobą !
- Gotowe, za dwa tygodnie proszę przyjechać na wgciągnięce szwów.
Otwieram oczy i lekko się uśmiecham.
- Dziękuję i dowidzenia.
Chaz zabiera mnie stąd jak najszybciej. Nie mam ochoty tutaj zostać ani sekuny dłużej.
Wsiadamy do samochodu i jedziemy do mieszkania.
Chester zanosi mnie na piętro i wnosi do środka. Zastajemy tam niezłą impreze. Nie wiem jak i nie wiem kiedy oni się tutaj zjawili.

* Chaz *

Miał przyjść sam Mike, chciałem z nim tylko porozmawiać. Nie kazałem mu sprowadzać tutaj Joego, Roba i Brada.
W sumie widzę, że dogadali się z Dave'em... albo inaczej najpierw go uchlali...
Shinoda ma oczy jak pięć złoty, Joe stoi przy lodówce, Brad z Robem leżą na podłodze przed TV a mi kopara opada gdy to wszystko widzę. Amy też nie jest zachwycona tym wszystkim...
Sadzam ją na wózek, a następnie biorę Mike'a za szmaty i idę z nim do pokoju.
- Co ty kurwa wyprawiasz ?! - krzyczę na niego.
- No... ale eee Czesiek... ja tylko miałem ee wpaść i to zrobiłem, to, że sie reszta eeeee doczepiła to nie moja wina..
- To na cholere upiliście Dave'a ?!
- Tak jakoś wyszło noooo..
- Tak jakoś wyszło ?! Czy ty myślisz, że ja się urodziłem wczoraj ?! Chlaliście jak świnie ... z trzy flaszki poszły jak nic w takim krótkim czasie. Pojebało was ?!
- I tu zrobiłeś błąd kolego nie trzy .. tylko .. raz, dwa, trzy... cztery, pięć ooo tak pięć - liczy na palcach po czym macha mi przed oczyma trzema palcami i wmawia mi, że tak się pokazuje pięć.
Wracam z tym przyjebem do salonu.
- Koniec imprezy ! Wszyscy won !!
- Ja ... też ? - zdziwił się Dave.
- Ty zostajesz... a twoją karą za pewne będzie kac morderca....
Gdy wszyscy się wyczołgali z mieszkania, zaprowadziłem Dave'a do pokoju i zamknąłem drzwi.
Amy jeźdźiła i zbierała butelki. Dołaczyłem do niej i po chwili było już posprzątane.
Była dość wczesna godzina ale ani ja ani Amy nie mieliśmy już na nic siły. Udaliśmy się do pokoju i poszliśmy spać.

Takie sobie ale może komuś się spodoba ... jeśli żyje tutaj ktoś ;)

poniedziałek, 7 grudnia 2015

Parszywa 13

* Dave *

Ten dzień kiedy Axel wrzucił mnie w błoto nie był moim najlepszym, ale przynajmniej nie najgorszym.
Siedzę w pokoju Am i patrzę się w ścianę.
Nic nie słysze, nic nie gra, nic nikt nie mówi. Ta cisza mnie dobija. Jest godzina piąta piętnaście, a ja mam wywalone na sen. Wstaję z łóżka i cicho ruszam do łazienki.
Spoglądam w lustro i widzę człowieka zmęczonego życiem. Oczy czerwone, podkrążone i bez życia. Człowiek, który stracił tak wiele a jeszcze stoi na nogach i patrzy się w to pierdolone lustro. Obmywam twarz zimną wodą i myśle. Myśle nad tym czy coś zmienić w swoim życiu. Sięgam po maszynke do golenia i z dość dużej brody zostaje mały zarost.
Zerkam ostatni raz w lustro i mówię do siebie, że jestem debilem.
Kieruję się do kuchni zrobić sobie kawę.
Zerkam na zegar i widzę piątą czterdzieści. Kręcę zrezygnowany głową i siadam za aneksem.
Podchodzi do mnie Axel i się gapi. Ja robię to samo ale on staje na tylnych łapach i opera łeb i łapy na moich nogach.
Nie lubię tego psa, on mnie też nie toleruje ale coś mu musiało odbić. Głaszczę go chwilę po czym wstaję aby zalać sobie kawę.
Słyszę Amy, to znak, że się obudziła. Woła psa i zabiera go na spacer.
Zostaję sam, znowu. Dobra może nie sam, bo Chester jest ale on się nie liczy, bo śpi.

* Amy *

Chwila przed szóstą a ja z Axelem na dworze. Puszczam go ze smyczy, niech pobiega... też bym tak chciała... na nowo wyrobić kondycję, biegać aż do utraty tchu. Bardzo byn tego chciała.
Po upływie kilku minut wołam futrzaka, ale jak zawsze mnie ignoruje. Podjeżdżam do niego a on sobie idzie.
- Axel, cholero chodź tu ! - krzyczę na psa a on przychodzi z podkulonym ogonem.
Zapinam mu smycz i wracam z nim do domu.
Jadę do kuchni i widzę, że ktoś tam siedzi... hmmm na Chestera za wcześnie czyli to Dave.
- Cześć rudzielcu, co tak wcześnie wstaleś ? - pytam podjeżdżając do niego.
- Ja ? Wcześne ? Dopiero wstałem.
- No jasne .. bo co uwieze...
- No tak - upiera się.
- Ja wiem swoje ty swoje... jak zawsze.. a pozatym gdzie ty podziałeś brodę ? - patrzę na niego zdziwiona.
- Postanowiłem, że czas się trochę zmienić. Koniec grania na wiolączeli ... jak na razie. Biorę się za hmm... eee... no.. ten ! Kurde jak to się mówi... Bas ! O, tak o to mi chodziło - uśmiechnął się szeroko a ja prawie wybuchnęłam śmiechem.
Prawie z powodu, że chwile po tym prawie zawału dostałam.
To był Chester złapał mnie za ramiona a ja się tego nie spodziewałam.
- Hey młoda - lekko się uśmiechnął a ja zaczęłam mordować go wzrokiem.
- Hey stary - docinka za docinkę, proszę bardzo ja mogę sie tak sprzeczać.
Powiem tak.. idealne związki nie istnieją a ja z tym debilem chyba jakoś wytrzymam. Nie myślcie sobie, że będzie pięknie i kolorowo. Ooo nie ... nie ze mną - uśmiechnęłam się do siebie.

Dobra mordeczki. Koniec 13... wyszedł dość krótki no ale co można stworzyć przez 2 lekcje polskiego i matme ? XD
Pozdrawiam i proszę napiszcie, że jesteście albo czy pisać dalej.

Ważne Info !!

A więc jak wiecie.. nie było mnie sporo czasu ... przepraszam. Szkoły sobie tak olać nie mogę niestety plus doszedł problem - brak weny. .. Pojawia się tutaj pytanie czy chcecie bloga dalej ? 
Jeśli napiszecie, że nie ma to sensu.. zrozumiem. 
Mam w 75% napisany rozdział 13 i nie wiem czy jest sens.. czy ktoś tutaj wchodzi jeszcze.. 
Żeby nie było wena powróciła i Ci którzy czytają wiedzą, że wstawiam posty o dość późnych godzinach. 
Tak będzie również teraz. 2 - 5 około tych godzin powinny się pojawiać posty. 
Pomóżcie i napiszcie czy jest sens ... PROSZĘ i jeszcze raz Przepraszam :c

wtorek, 22 września 2015

Rozdział 12

** Amy **
Patrzyłam na Chestera wzrokiem mordercy ale on sobie z tego nic nie robił... i gdzie tutaj sprawiedliwość ?
Siadam na kanapie i patrzę w telewizor. Myślę, że Axel nie zje Dave'a i wrócą niedługo, bo z Chazem sama to ja na głowę dostanę.
- Co taka dzisiaj nie w humorze jesteś ? - zapytał i przysiadł się do mnie.
- Szkoda mi Dave'a ... i tyle - zerkam na niego. - Coś mi się nie wydaje, że to już wszystko... coś cię gryzie...
- Nic... a nawet jeśli, to nie twoja sprawa.
- Eh... - westchnął.
Siedzieliśmy w milczeniu przez pewnien czas a mi powoli toczyły się łzy po policzkach z powodu Sary.
Wtuliłam się w Chaza, nie wiem dokładnie co mnie wzięło na przytulanie ale jakoś było mi lepiej.
Chester uśmiechał się do mnie i szeptał abym się uspokoiła.
- Nie moge, nie umiem... nie wiem jak - powiedziałam i otarłam łzy rękawami od szarej bluzy. Zerknęłam na chłopaka zapłakanymi oczyma a on mnie pocałował.
- Amy wiem, że ty myślisz inaczej ale ja cię kocham i zawsze ci pomoge - patrzy mi w oczy.
Milczę i odwracam głowę. Kiedyś mi już powiedział, że mnie kocha... ja już sama nie wiem co o tym myśleć. Wyszło jak wyszło, Chester jest troskliwy, uroczy i zabawny ale moje uczucia do niego nie są takie silne jak jego do mnie.
Czuje, że się na mnie patrzy i on teraz chce tego abym na niego spojrzała.
- Amy...
Nadal cisza, żadne słowo z moich ust się nie wydostaje.
- Amy ... proszę.
Głos mu drży a mi się serce kraje slysząc go w takim stanie.
- Chester... ja... eh... też cię kocham - mówię i się lekko uśmiecham. W sumie taka jest prawda, ale nie szaleje aż tak jak on.
- Na prawdę ?
- Nie Chaz, na niby - patrzę chwilę na niego po czym kręce głową.
Kątem oka widzę, że ten się uśmiecha.
Przytula mnie mocno i całuje.
- Jesteś nie możliwa i teraz moja - szczerzy się.
- Twoja ? Kolego czy tobie coś się pop rzewracało w mózgownicy ?
- Nie, a co, to nie prawda ?
- Prawda głuptasie, prawda.
- Więcej razy go nie biore, nie ma mowy ! - do mieszkania wchodzi Dave, który jest cały w błocie.
- Co ci się stało ? - zapytał Chaz.
- To coś mi spierdoliło i przez niego wpadłem w błoto.
- Brawo Dave, brawo. Takiego geniusza jeszcze nie było jak ty  - uśmiecham się szeroko.
** Chester **
Śmieję się cicho z Dave'a, bo to serio jest zabawne. Ja nie lubię też z tym psem wychodzić ale mnie jeszcze do błota nie wrzucił.
Wracając do sytuacji z Amy. Jestem szczęśliwy i oby nie na krótko, chcę aby, to trwało dłużej...
Byle co ... nic nie wyszło ! Pisane na lekcji tak bardzo ;-;...A więc jest co jest jak zawsze dodane po terminie. -.-" Przepraszam ale nie miałem kiedy. Dobra koniec pitu pitu...
Pełno bledow ;-; ... grrr ....
Co jeszcze wam tutaj napisac moge...
A wiem ^^ mozecie dawac propozycje w kom co byscie chcieli w kolejnym rozdziale tak mniej wiecej i czego ode mnie oczekujecie.. postaram sie to zmienic ;3 Widzimy sie w FALSZYWEJ 13 ;)

poniedziałek, 14 września 2015

Rozdział 11

Budzę się cały zdyszany i zgrzany, oddycham ciężko i przy okazji patrzę na zegarek, który pokazuje 3.15
Siadam na łóżku patrzę ponownie na zegar i przecieram twarz dłońmi. Wstaję i przebieram się w dres, zabieram telefon i wychodzę.
Nie będę tutaj siedział do szóstej czy siódmej rano. Wybiegam z domu i sprintem do parku po czym truchtem w dalszą drogę. Nogi niosą mnie same prosto na... cmentarz... Staję przed uliczką i ją uchylam. Skrzypi niemiłosiernie, zaraz wszystkich martwych pobódze i będzie tutaj niezły The Walking Dead... i to w 3D a nawet w 4D.
Kieruje się prosto na grób mojego brata,  którego prawie nie znałem. Miałem cztery lata kiedy on odszedł... Młody chłopak teraz kończyłby dwadzieścia jeden lat... W sumie po co ja tutaj ? Co mnie tutaj sprowadziło ? Poczucie winy ? Nie wiem... jest trzecia trzydzieści i nie myśle o tej godzinie. Odwracam się na pięcie i jak najszybciej chce stąd wyjść. Gdy opuszczałem teren należący do zmarłch poczułem na karku lodowate powietrze. Zesztywniałem po czym biegłem jak najszybciej do domu... niestety papierosy na kondycje dobrze nie wpływają więc miałem kilka postoji.
Wpadam do domu jak nawiedzony, Axel na mnie warczy jak na obcego i siedzi przede mną.
- Odejdź, wracam do łóżka.
Pies ani drgnie. Omijam go łukiem zrzucając adidasy i wracam na moje miejsce. Jest czwarta... czy jest sens iść spać ?
** Dave **
Piąta godzina... spać nie mogę, cały czas myślę o Sarze... Dlaczego ona, a nie ja ? Kręce głową i idę po jakieś picie. Nalewam sobie wody i siadam za aneksem. Zerkam w strone kanapy i widzę, że nie ma na niej Amy. Marszcze brwi i kręce głową. Wypijam całą wodę i wstawiam... znaczy nie mam gdzie wstawić szklanki, bo zmywarka pełna. Włączam ją. Obym nic nie spartplił...
Wracając do pokoju zerkam przez uchylone drzwi Chestera. Widzę Amy wtuloną w niego... przynajmniej ona ma kogoś...
** Amy **
Wstaje, nie marnujmy dnia. Jest ósma chłopaki jeszcze spią a ja jade do kuchni uszykować jakieś śniadanie sobie i im.
Piramida kanapek stoi dostojnie w salonie i czeka aż Milordzi się ockną ze snu. Popijam kawę i zastanawiam się nad wczorajszym postąpieniem Chestera. Po co on mnie przeniósł ? Radzić sobie umiem a kanapa nie gryzie, więc ja tutaj nie widzę problemu spania na niej... Eh... zrozum tu facetów - wywracam oczami na tę mysł i biorę łyk kawy.
- Hej piękna - łyk, który był przed chwilą w mojej buzi wrócił do kubka.
- Nie jestem piękna i nie dyskutuj... przez ciebie nawet już kawy nie dopije...  - gromię go wzrokiem.
- No przepraszam - szczerzy się szeroko.
- I jak ja mam ciebie tutaj zrozumieć ?
- Nie da sie - kładzie mi ręce na ramiona i szepcze do ucha.
- No cześć, co tutaj się wyprawia ? - do kuchni wchodzi lekko uśmiechnięty Dave.
- Cześć... eee... nic ? - mówię równo z Chesterem.
- No jasne, już ja znam takie "nic" - wywraca oczami.
- Ja was nigdy nie zrozumiem - unoszę ręce do góry i opuszczam.
Jadę do pokoju przebrać się i zostawiam tych chłopczyków samych.
** Chester **
- Ty i Amy jesteście razem ? Tak wiem wale prosto z mostu ale wolisz chyba tak niż owijanie w bawełne ... - w tej chwili świat się zatrzymał i szczęka mi opadła aż do samej podłogi.
- Nie... bez przesady ona mi wypomina najczęściej, że nie jestem jej ojcem i mam siedzieć cicho i spierdalać.
- Cała ona... ale jak nie jesteście razem to co ona robiła rano u ciebie w łóżku ? - czy ten koleś musi pytać wprost ?!
- Spała... szkoda mi jej było na kanapie.
- Czyżby ? - morduje mnie wzrokiem.
- Nie zjedliście się ? Nie ? To się cieszę - wraca Amy w momencie idealnym.
- Dave proszę cię a nawet błagam... weż Axela na spacer, nic ci nie zrobi... błagam - Amy robi słodkie oczka do Dave'a a.ten jej ulega i bierze tą krowe na spacer.
Zostaliśmy sami tak jak przed jego powrotem.
- O czym gadaliście ?
- O tobie...
- W sensie ?
- Czy jesteśmy razem i co robiłaś dzisiaj u mnie w łóżku...
- Ołł... przecież ja tylko tam spałam...
- Tak mu powiedziałem ale zaczął mordować mnie wzrokiem.
- Nie przejmuj się nim - lekko się uśmiecha.
- Okey, jakoś przeżyje - szeptam jej do ucha i szybko całuje.
- Chazz... - Amy wzrokordercy też ma opanowany do perfekcji ale ja na to nie reaguje i się uśmiecham.
Tym razem opowiadanie zajęło mi trzy notki w telefonie... ale wiem, że 11 rozdział nie trzyma się kupy ani troche... Błędów pewnie od cholery ale nie mam jak ich poprawić... bo mądry ja spaliłem twardy dysk ale to tak na 50% ... W sumie jest jedna aktywna osoba na tym blogu i widzę w podglądzie, że i tak was jest mało... chciałem to zakończyć ale za dobrze się pisze więc chyba zostanę.. CHYBA. Co do rozdziałów będą się pojawiać maxymalnie do 5 dni... mam na głowie trochę nauki i myśle, że mnie zrozumiecie i wybaczycie a więc czołem. Widzimy się w 12 rozdziale ^^
Soldier Chazzy udaje się na spoczynek... hehe żart idzie pisać opowiadania ^^ bo cierpi na bezsenność :) Pa ^^

czwartek, 10 września 2015

Rozdział 10

Nie, ale po co on tutaj ? Dave ?
Co on tutaj robi, dlaczego wygląda jak milion nieszczęść, gdzie Sara ? - te pytania mam na końcu języka i nie mogę ich wypowiedzieć, gapię się po prostu na brata.

** Dave **

Te wakacje miały być udane, piękne i w ogóle miałem je spędzić z Sarą...
Te wakacje były piekłem... i mam dość. Koniec mojej miłości, koniec... ona nie wróci a skąd to wiem ? Bo ona odeszła, na zawsze... z tego świata. Pierdolone życie !
Zostałem sam jak kołek, znowu... znaczy mam siostre ale co z tego ?
Stoje teraz jak ten pojeb w drzwiach mojej siostry.. cały jestem brudny, zarośnięty. W ogóle wyglądm jak chodząca śmierć.
Nie wiem co teraz będzie, nie chce wracać do domu ale i tak nie mam jak tu zostać... no chyba że na kanapie.
- Cześć... - mówię cicho i patrzę na Amy i Chestera. Czy oni przed moim wejściem się... Okey... nie wnikam.

** Amy **

Nadal gapie się na brata. W końcu coś musze powiedzieć.
- Hej - mówię lekko się uśmiechając.
- Tak... hej ... - Dave jest załamany świga w kąt torbe i siada na fotelu.
- Coś się stało ? - pytam.
- Nie... znaczy ... tak stało... Sara nie żyje... - Co ?! Jak ? O Boże...
- Jak to się stało ?
- Jakiś debil jechał tirem a ona... przechodziła przez pasy... a ten w nią walnął z dużą prędkością a wiadomo co się dzieje później...
- Mój biedny braciszek - w tej chwili Dave siada między nami i mnie przytul, słyszę jak cicho szlocha... szkoda mi go, cholernie mi go szkoda...
- Będzie dobrze, zobaczysz.
- Oby... - mruczy.
- Dave to ty mi zawsze mówiłeś, że mam być silna i iść dalej przez życie a teraz ja ci to mówię i chcę aby tak było.
- Dzięki siorka... mam pytanie czy moge z wami trochę pomieszkać ?
Patrze na Chaza, który wychyla głowę za Dave'a i wzusza ramionami.
- W sumie... jak chcesz to możesz zająć moją sypialnie ja będę spać na kanapie.
- Amy, ja kanapa ty łóżko.
- Nie, jak masz tutaj mieszkać to na moich zasadach - wzrok mordercy, to zawsze działa.
- Dobra, okey...
Po słowach Dave'a przybiegł Axel szczekając a reakcja mojego brata była nie do opisania. Jak można się bać puchatej kulki.

** Chester **

Zaczęło się robić późno i Dave poszedł spać... z resztą Amy też. Siedzę za aneksem kuchennym i widzę jak kuli się na tej kanapie... do siedzenia ona jest okey ale do spania nie za bardzo. Jest w połowie odkryta i szuka ręką koca... nie mogę na to patrzeć.
Wstaję i idę do salonu, okrywam ją kocem i biorę na ręce po czym zanoszę ją do swojego pokoju i kładę na łóżko.
Patrzę się chwilę na nią a następnie ruszam w stronę łazienki się przebrać.
Wracam i widzę, że Amy się na mnie patrzy i nie śpi.
- Co ja tutaj robie ?
- Przyniosłem cię tutaj bo jak na ciebie patrzyłem na tej kanapie to było mi cię szkoda - lekko się uśmiecham.
- Dzięki... ale dałabym sobie radę.
- Eh... z tobą to na głowe kiedyś dostanę.. - kładę się koło niej.
Nie rozumiem Amy... raz mnie całuje, raz chce abym siedział cicho i spadał...i zrozum tu baby !

A więc rozdział 10 dodany z opóźnieniem... i jeszcze jest do niczego...- pretensje do mojego fona ... zapisał mi rozdział w kopiach zapasowych...
Przepraszam za błędy - standard.. będę na laptopie to je poprawię.
Widzimy się za 2-3 dni :3 paa ^^

sobota, 5 września 2015

Rozdział 9

Budzę się wcześnie, przeciągam się i wpadam ręką na jakieś ciało. Zaraz co ? To Chester, ale co on tu ..? Nie, to nie możliwe, w życiu bym takiego czegoś nie zrobiła, nie z nim ! Zakładam szybko dolną część ubrania po czym jadę do szafy po stanik i jakąś bluzkę.
Biorę pierwszą z brzegu i patrzę ... Chestera, kolejna, Chestera i jeszcze jedna rowniez Chestera .. Co jego ciuchy robią w mojej szafie ?! Pierdole zakładam jedną z jego bluzek i trzaskam drzwiami od szafy.
Jadę do kuchni wstawić wodę na kawe, głowa mnie boli, nie wiem co wczoraj robiłam... za dużo tego.
Przez uchylone drzwi salonu widze burdel, inaczej tego nazwac sie nie da.
Jedna flaszka Sztoka, druga Finlandia, trzecia jakas Luksusowa... Co tutaj sie działo ?! Pamiętam tylko małe urywki durnej gry Mike'a.
Słyszę kroki. Yhymmm śpiący książe wstał. Nie miałam ochoty na niego patrzeć więc zabieram Axela i jadę na spacer. Jakaś godzinę póżniej wrócam. Widzę jak Chaz sprząta po wczorajszym piciu. Patrzy się na mnie z miną wyrażającą przeprosiny ? Wstyd ? Nie wiem, ja nawet nie wiem co dokładnie się wydarzyło w moim pokoju ... i może lepiej nie wiedzieć.
- Hej - mówi krótko.
- Cześć... - odwracam wzrok.
- Przepraszam...
- Za ? - o co mu chodzi ?
- Przepraszam cię za noc... za to co zrobiłem ... - no nie czyli jednak.. Bleee!
- Czy ja z toba ...?
Chester kiwa tylko lekko głową.
- Ale ty się...
- Tak.. nie martw się o to..
- Wiesz liczyłam na to kiedyś ale nie tak szybko... nie z tobą.
Chaz zerknął na mnie z miną zbitego pieska.
- Przepraszam... - mruknął jeszcze raz.
- Co się stało to się nie odstanie.. niestety.
Pojechałam do pokoju i chciałam zrobić jakoś to łóżko bo wielmożny pan wstal ale żeby ogarnąć jakoś pościel to nie łaska.
Wstałam z wózka i powoli przywołałam łóżko do normy. Zaraz, uno momento. Ja... w..w..wstałam ? Jak ? Co się dzieje ?! Uśmiecham się do siebie i kłade na pościeli. Może w końcu będę mogła chodzić... może stane w końcu na nogi i będę mogła biegać ? Oby, chce tego. Cholernie tego chce !
Wlekę się na wózek i jadę z bananem na twarzy do kuchni po tą pieprzoną kawę. Chester siedzi w salonie i ją popija przed telewizorem.
Patrzę na kubek parującej cieczy dlaczego on postawił mi kawe na samym końcu blatu ?! Zabije go kiedyś...
Próbuję sięgnąć ale jakoś mi to nie idzie w końcu zbieram w sobie siły i staje na osowiałe nogi i przysówam kubek. W tek chwili orientuje się, że Chester stoi koło mnie i się gapi.
- Amy ty...
- Tak, wiem ! - mówię, wręcz krzyczę i rzucam mu się na szyję po czym go całuje.
- Yyyyy, sorkii... - czerwienie się.- Tego nie było - robię głupią minę i jadę do salonu z kawą.
- Od kiedy ty ten noo ...
- Od wczoraj czuje coś w nogach... może będzie dobrze i pozbędę się tego ustrojstwa - patrzę z pogardą na stojąy obok wózek.
- Wszystko jest możlie jeśli tego się chce - Chester patrzy mi prosto w oczy, nie wiem co on w nich widzi ale mnie tym przyciąga. W końcu składa na mych ustach pocałunek. Po chwili słysze trzask drzwi, odrywamy się od siebie natychmiastowo i patrzymy w ten sam punkt.
W wejściu stoi...
Ta da ... tak dupa a nie... nie wyszło tak jak planowałem ale przynajmniej coś jest ... A tak w ogóle jedna osoba się odezwała, że to czyta a reszta ? Zjadło was coś ? 0.o
Dobra koniec pitu pitu do następnego ;)
A jak coś sorki za błędy wiem, że jest ich dużo ale mój telefon jest o tylek roztrzasnąć i ustawia mi kilka wyrazów jak mu się podoba ;-;

środa, 2 września 2015

Rozdział 8

** Mike **
Siedzę w domu pośród szarych ścian, nic na nich nie ma. Pusto, pusto jak w puszcze ... to chyba nie za dobre porównanie ale nie wiem jak to inaczej określić. Koło mnie walają się kartki papieru z rysunkami bądź słowami...
Nie wiem co tworzę ale wiem, że i tak to jest nie potrzebne.. mam kilka "tekstów" za gablotką ale one nie są jakieś fantastyczne... Rozglądam się nerwowo po pomieszczeniu szukam kartki z napisem "What I've Done" ... co ja zrobiłem, no co ja najlepszego zrobiłem zgubiłem tą kartkę pod tym był kolejny tekst ale do cholery gdzie jest ta pieprzona kartka ?! Przerzuciłem cały pokój do góry nogami ale jej nie znalazłem... w końcu się poddałem i usiadłem na czarnej kanapie. No nie... Shinoda debilu ! Przeszukałeś cały pokój a tą głupią kartkę miałeś w tylnej kieszeni spodni ?!
- Idiota Shinoda, idiota Shinoda  - pukam się kilka razy w czoło.
Wstaję i wkladam kartkę za gablotkę, tam będzie bezpieczna. Uśmiecham się sam do siebie i sprzątam pomieszczenie gdyż panuje tutaj totalny burdel.
Poznałem w ogóle kilka dni temu kilku chłopaków oni też interesują się muzyką. Są nawet spoko musze ich przedstawić Chazowi.
Jest Brad - basista, Joe - DJ i Rob - perkusista.
Musimy się umówić w jakiś dzień na picie.

** Chaz. Cztery dni później **

Amy jest w domu od trzech dni... jednak nic sie nie zmieniło tak jak sądziłem wrócimy do rutyny. Jest tylko wynieś, przynieś, pozamiataj a jak masz czas to se polataj...
Dzisiaj Mike z jakąś bandą wpada do nas. Ciekawe kogo on poznał.

** Amy **

Siedze sobie na kanapie i patrze w ten durny ekran, nic nie leci tyle kanałów i nic ... chyba, że wiadomości.. co nie jest zachwycające.
Chester chodzi po całym mieszkaniu i sprząta.. po co ? Jest tutaj czysto nie licząc sierści Axela.
- Chaz, siadaj a nie biegasz między pomieszczeniami.
- Nie mogę, Mike za dwie godziny wpada.
- Ty gorzej jak baba ... jeszcze powiedz, że idziesz się pomalować.
- Amy... - wkurza się, słychać po jego głosie.
- Miło mi też jestem Amy - uśmiecham się szeroko a on kręci zrezygnowany głową.
- Amy, wychodzę na około dziesięć minut, idę po jakieś picie - oznajmia ale ja tylko słysze jak wymawia ostatni wyraz. Kładę się na sofie i włączam muzyke.
Zamykam oczy i próbuje się rozluźnić po dniach spędzonych w szpitalu. Wsłuchuje się w słowa i zaczynam kiwać w rytm głową po czym lekko lewą nogą... Zaraz ... CO ?!  Stop, stop. Siadam gwałtownie, co nie było dobrym pomysłem. Patrzę na moje nogi i staram się coś zrobić. Udaje się poruszam delikatnie lewą nogą. Ale, ale jak ? Prawa strona ma mnie głęboko gdzieś ale druga nie... dziwne. Uśmiecham się do siebie i wracam do muzyki.
Po chwili wraca Chaz... eh... a był spokój.
- Wróciłem - mówi z wejścia.
- No co ty nie powiesz ? - wywracam oczami.

** Jakiś czas później, Chester **

Przyszedł Mike z chłopakami, są całkiem spoko. Rozmawialiśmy o muzyce i ogólnie o sprawach, które dotyczą wszystkich. Przez cały ten czas byliśmy w pięciu aż nie wjechała Amy do salonu.
- Cześć ! - odzywają się wszyscy jednocześnie.
- Tsa... cze.. - mówi i bierze Axela na spacer.
- Te, nie mówiłeś, że masz laske - uśmiecha się Rob.
- Bo nie mam - mówię.
- To co ty tutaj robisz z nią w mieszkaniu ?
- Jestem jej "niańką" - wywracam oczami.
- Pierdolisz.. - mruczy Joe.
- Nie... mówię serio.. Jej brat szukał kogoś kto będzie mieszkał tutaj i padło na mnie z początku myślałem, że A. Farrell to facet a to baba.. 
- A. Farrell ? - dziwi się Brad.
- Amy..
- Aaa...

** Godzine pozniej **

Siedzimy przy stole obracając drugą flaszkę jest z nami Amy, ma nieźle wcięte ale jeszcze się trzyma.
- Ej, a może zagramy w butelke ale tylko na wyzwania co ? - pyta Mike.
- Spoko - wszyscy się zgadzają.
Mike kręci, nie ma to jak grać w butelkę szklaną flaszką.
Wypadło na Brada
- Chamskie czy nie chamskie ? - pyta.
- Nie. - odpowiada stanowczo Brad.
- A więc wypij szklanke na czysto, bez popitki - wyszczerza sie glupio Spike.
Po godzinie gry każdy był tak nachlany, że nikt nie wiedział kto co mówi i robi.
Mike wpadł na pomysł.
- Chester słuchaj zróbmy tak .. ty się przeliżesz z Amy co ty na to ?
- Okey ale ty się przeliżesz z Robem pasi ? - głupio się uśmiechnąłem.
- Jasna sprawa !
- Ty pierwszy - rzekłem.
Mike podszedł.. hm.. inaczej przeczołgał się do Roba i zaczął go całować. Ja, Amy, Joe i Brad biliśmy im brawo. Gdy skończyli Mike stwierdził, że zrobił to co miał teraz moja kolej.
Podszedłem do Amy i zacząłem ją całować, nie stawiała oporu, zgrała się ze mną ale tylko najprawdopodobniej temu, że była pijana.
Joe próbował z Robem gwizdać na palcach ale coś im nie wyszło.
Pół godziny później chłopaki poszli do domu a ja byłem padnięty. Wstałem z kanapy i prawie wywaliłem się na stolik. Szedłem od ściany do ściany starając się zachować równowagę. Cofnąłem się aby pomóc Am. Zawiozłem ja do pokoju i położyłem na łóżko.
Ona zdjęła bluze i bluzke kładąc się na bok.
Stwierdziłem, że nie mam siły iść do siebie choć to aż na przeciwko. Położyłem się obok niej zwalając spodnie na ziemię.

** Amy **

Czułam, że ktoś leży koło mnie, nie za bardzo mi się to podobało ale byłam już pijana i to mi było objętne.
Odwróciłam się do niego i spojrzałam mu w oczy, on się uśmiechnął i zblizyl swoją twarz do mojej po czym mnie pocałował.
Łoo, osz cholera on całuje świetnie.. pewnie wiele już miał. Wywracam oczami na tę myśl.
Chaz złapał mnie za biodra i zaczął zsowac mi spodnie. Z jednej strony chciałam się uwolnić a z drugiej pragnęłam go.
Pozbył się ze mnie dolnej części ubrania po czym on zrobił to samo. Byliśmy nadzy, Chester cały czas mnie całował, nawet nie zoriętowałam się kiedy we mnie wszedł.
Jęczałam cicho ale każdy mój jęk był zatrzymywany przez jego usta.
Gdy kończyliśmy on wykrzyknął moje imię i wyszedł powoli ze mnie.
Potem poszliśmy spać.

A więc taki ósmy rozdział... pewnie tego już nikt nie czyta ale kij... a więc niedługo będzie dziewiąty, który już mam ;)
Sorki za błędy ;-;

poniedziałek, 31 sierpnia 2015

Rodział 7

Podróż nie trwa długo, wchodzę do mieszkania i rzucam kluczyki ma szafkę. Tak jak się spodziewałem telefonu już nie mam ... Axel go całego zniszczył. Podnoszę komórkę z podłogi i na zbitym ekranie widzę wiadomość od Dave'a. Osz cholera...
Czytam ją szybko ale to na szczęście tylko wiadomość, że wyjechał na wakacje i wróci dopiero za dwa tygodnie. Odetchnąłem z ulgą.
Axel patrzył się na mnie jakby chciał mnie zjeść... o nie ma mowy. Podchodzę do szafki z jego karmą i sypie mu do miski pokarm oraz nalewam świeżej wody. Patrzy na mnie z pogardą ale mało mnie to już interesuje.
Idę do pokoju i przebieram się w czyste ubrania. Mam na sobie ciemną koszulkę i ciemno niebieskie jeansy.
Wychodzę z pomieszczenia i chwytam po drodze smycz Axela, gdy tylko on usłyszał, że sciągam z haczyka smycz zaczął na mnie skakać. Nie żeby coś ale ta krowa jest ciężka, to nie York...
Zapinam mu szybko smycz zanim mnie przewraca i wychodze z mieszkania. Idziemy do parku i chwile później wracamy.
Zostawiam psa i jade do szpitala. Nie obchodzi mnie, że jest późno, po prostu tam jadę.

** Amy **

Leżenie w jednej pozycji muszę przyznać jest dość męczące. Nie mam jak się odwrócić i mogę patrzeć tylko w sufit. Oczy zaczynają mi się zamykać nie mam na nic siły. Przypominam sobie co mówiłam do Chestera... że jest kochany i że też go kocham... co ja w ogóle gadałam, o czym ja myślałam ?! To jest bzdura. ! Dla mnie on nadal jest idiotą... przystojnym ale idiotą, ale brakuje mi jego towarzystwa...
- Debilka z ciebie Amy wiesz ?
- Tak wiem, bo gadam sama do siebie...
Wzdycham ciężko i patrzę przed siebie w drzwiach stoi Chaz... grrr.
- Cześć, znowu - odzywa się po chwili.
- Cześć, byłeś z psem ? - pytam bo to mnie chyba najbardziej interesuje.
- Tak... przeciągnął mnie przez cały park ale byłem.
- Okey ... - mówię i wywracam oczami.
- No co ? - pyta.
- Nie nic, nic... ale fajniejsza była tamta koszulka - głupio się uśmiecham.
- Dlaczego niby ? - marszczy brwi.
- A tak jakoś... siadaj a nie w drzwiach będziesz stał.
- A tak jakoś, to żadna odpowiedź - uśmiecha się lekko.
- Jest ... i koniec... - próbuje wyglądać poważnie ale wiem, że mi to nie wychodzi gdyż Chester się głupio śmieje.
- To nie jest śmieszne... - mówię groźnie.
- Jest, wyglądałaś komicznie.

Gadaliśmy do szóstej po czym zasnęłam, nie wiem czy Chaz gdzieś poszedł ale ja już nie mogłam ze zmęczenia.

** Chaz **
Od godziny siedzę w barze szpitalnym popijając jedną kawę za drugą...
Wypiłem chyba cztery szklanki kofeiny... nie zdziwię się jak dostanę zaraz drgawek... - wywracam oczami.
Patrzę się w pustą ścianę i myśle co będzie dalaj ale w sumie po co ?
Am pewnie wypiszą za jakieś dwa góra trzy dni ... i co wtedy ? Wrócimy do normalności ? Wrócimy do tego jak ona mnie wyzywała, że nie jestem jej ojcem ? Nie chce tego... cholernie tego nie chce ...

Sorrry ! Teraz mnie walicie w twarz wiem to... ale nie było kiedy ... mam przygotowane rozdziały ale mój inteligentny inaczej telefon wszystko zapisał w kopiach roboczych a mam dla was 5 rozdziałów... nie wiem jak je teraz wstawić ... no ale cóż do zoba :3

niedziela, 14 czerwca 2015

Rozdział 6

**Chester**

Mija pół godziny. Widzę tylko jak co kilka chwil wychodzą i wchodzą lekarze i pielęgniarki. Do szału doprowadza mnie to czekanie. Nagle słyszę długi piszczący sygnał. Wszyscy biegną do jej sali. Kurwa mać... chciałbym tam teraz wejść i coś zrobić a nie stać na korytarzu i czekać.... czekać na jebaną odpowiedź która brzmi "wszystko będzie dobrze" albo "jest gorzej niż mogliśmy się spodziewać"
Wychodzą wszyscy z pokoju. Nie wyrabiam i zatrzymuje jednego z lekarzy. Ma na imię Gregory, nazwiska nie zdołałem przeczytać.
- Co z nią ? - pytam w końcu zdenerwowany. Zaciskam i rozluźniam pięści, dostałem chyba nerwicy.
- Jej stan jest aktualnie stabilny ale myśleliśmy, że przecięła sobie tylko jedne żyły, niestety pomyliliśmy się. Pocięła sobie całe nogi ... od ud po stopy - w tej chwili do mnie dociera, że to może być moja wina. Zaraz wróć... nie może ale na pewno. Wyszedłem z domu i po prostu ona pewnie udała się do łazienki i zrobiła to.
- Nie wiemy jakie są jej szanse. Przykro mi, a pan powinien się chyba przebrać - lekarz odchodzi a ja siadam na krześle i już chciałem chować twarz w dłonie lecz zobaczyłem, że mam krew na nich. I to nie byle jaką krew tylko JEJ krew. Spoglądam na bluzkę i widzę, że zamiast białej czystej bluzki mam flagę Polski. Spodnie też się do niczego już nie nadają, również są całe pokryte krwią. Nie chce jechać do domu, chce być jak najbliżej jej. Nie pozwolę aby przeze mnie zginęła.

** Amy, czwarta rano ** 

Światło, takie białe ostre na końcu ktoś stoi, ruszam do tego kogoś lecz w pewnej chwili widzę, że to nie będzie dobry pomysł dlatego iż stoi tam mój oprawca. Ten który zniszczył mnie, ten który zginął na miejscu a ja, pierdolona Amy Farrell przeżyła jako kaleka do końca życia.
Nogi same zaczynają mi się cofać w pewnym momencie biegnę w tył a oprawca się śmieje.
Widzę ostre światło i słyszę głosy. Gdzie ja jestem ? Umarłam to jest niebo ? Jeśli tak to trochę tutaj głośno.
Odwracam powoli głowę i spoglądam na nadgarstek. Bandaż. Czyli nie umarłam. Chce się przewrócić na bok, jednak nie mogę, pełno jakiś rurek. Pod nosem mam tlen na klatce pełno elektrod, chyba z dwadzieścia. Każda podłączona pod jakiś sprzęt. Zerkam na zgięcia rąk. Dwa wenflony i kroplówki. W jednej jest krew, którą mi prawdopodobnie przetaczają a w drugiej jakiś płyn, który nie pozwoli mi się odwodnić. Obracam głowę w lewo do drzwi, ciągnie mnie coś. Cholera ! Jakiś antybiotyk podawany przez drogę w szyi. Nie przyjemne uczucie.
Odkrywam się i widzę, że moje nogi są obłożone lodem i zabandażowane. Po co oni to robili... trzeba było je od razu uciąć - wywracam oczami na tę myśl.
Ciekawi mnie czy ktoś tu jest. Chętnie bym poje.... a tak, nie mam nawet czym.
Wchodzi lekarz. Starszy facet o lasce, patrzy się na mnie lekko zaciekawiony.
- Wszystko gra ? - pyta w końcu.
- Powiedźmy, że jest okey... a zapytam się czy ktoś siedzi na korytarzu ?
- Tak, chłopak, który cię tutaj przywiózł.
- Jeśli pan może to mógłby go pan zawołać ?
- No dobrze - mówi i wychodzi z pokoju. 

** Chester ** 

Zasnąłem po prostu najzwyczajniej w świecie zasnąłem, nie miałem siły na nic, na odgłosy z pokoju, na lekarzy. Po prostu to mnie przygnębiało. I wiedziałem, że to wszystko to moja wina.
Słyszę głos, chyba lekarza. Mówi, że Amy mnie woła. Ale czy ja jestem gotowy na spotkanie z nią? - zastanawiam się chwilę po czym ruszam w jej stronę.
Stoję w drzwiach cały we krwi. Cieszę się z tego, że ona po prostu żyje.
Pomieszczenie nie jest duże, najwidoczniej to izolatka. Tylko jedno łóżko pacjenta i jedno dodatkowe gdzie osoba z rodziny lub na prośbę chorego.
Ona tak drobna, przyłączona do tak wielu maszyn, tyle razy pokłuta. Nie wybaczę sobie tego, nigdy.
- Chester ? - zaczynają się moje ostatnie godziny życia.
- Tak ? - pytam ciężko oddychając.
- Czy ty wróciłeś do domu kiedy mnie tutaj przywiozłeś ? - odpowiedź jest banalnie prosta.
- Nie, nie byłem a co ?
- Masz moje DNA na sobie - lekko się uśmiecha.
- Wolałbym tego nie mieć... - mówię to z bólem. Wiem, że to moja wina i to mnie zżera.
- Chester nic mi nie będzie - pociąga kołdrę do siebie i odsłania nogi. Chryste... bandaże już przeciekły a woreczki z lodem zaczynają wyglądać jak sorbet truskawkowy.
- Am, to moja wina. Mogłem cię zabrać do tego pierdolonego parku i to by się nie stało.
- Nie ma to znaczenia i tak bym to zrobiła. Prędzej czy później.
- Amy... - wywracam oczami.
- Co ? - pyta marszcząc brwi.
- Nic, ja już nic nie mówię.
- Chaz, powiedz mi, że nie zadzwoniłeś do Dave'a ... proszę.
- Eh... nie nie zadzwoniłem. Chciałem to zrobić lecz po pierwsze nie zabrałem telefonu i spodziewam się, że jak wrócę to szczątki z niego zostaną a po drugie wiem, że tego byś nie chciała więc nie poszedłem do żadnego automatu ani nic.
- Dziękuję ci, kochany jesteś - przynajmniej za coś mi dziękuje, zaraz, chwila, co ? Ja kochany ? Eeeee z jej ust ? Chyba się w głowę nieźle walnęła albo leki tak na nią działają, bo ona sama tego by nie powiedziała. Zezwała by mnie przy pierwszej okazji od debila, palanta, idioty i jeszcze bym tak długo wymieniać.
- Jedź do domu ... - mówi w końcu.
- A mam jakiś powód ?
- Jedź, ubierz się jak człowiek a nie jak chodząca śmierć, wyjdź z Axelem i go nakarm.
Przeklinam w duchu, że muszę teraz opiekować się tym potworem. Przy tym zaciskam pięści po czym się głupio uśmiecham.
- Też cię kocham, a teraz jedź - uśmiecha się szeroko.
Ze ona mnie co ?! Heee ?! To ewidentnie morfina. Nie mam po co tutaj stać więc jadę do domu.


Miło było ale się skończyło ^^ Pozdrawiam z Łodzi ICZMP ^^ jedzenie boskie -.- dość ;-;
Za błędy bardzo przepraszam ale pisze z telefonu. :)

poniedziałek, 8 czerwca 2015

Rozdział 5

Patrzę na zegar, która godzina. Trzecia piętnaście. Nie no super... kręcę się na łóżku i nie wiem co ze sobą zrobić. Jest za późno na spanie i za wcześnie za wstanie. Godzina w sumie godna. Ale akurat dlaczego o tej godzinie się obudziłam ? Kładę się prosto jak kłoda i widzę, że mam uchylone drzwi przez, które pada promień jakiegoś światła. Eh, ta godzina i już nie śpię, lubię wstawać wcześnie ale bez przesady. Gramolę się na wózek i wyjeżdżam z pokoju.
Na korytarzu leży Axel i patrzy w stronę kuchni jak by na coś czekał. Dostaje się do kuchni i widzę Chestera, który pali i pije. Coś mu się stało ? Mówił, że papierosy to świństwo.
- Chester ? - pytam ostrożnie a ten podnosi wzrok na mnie po czym go opuszcza.
- O, nie śpisz już... - mruczy pod nosem.
- Nie śpię, co robisz ? - patrze na niego.
- Nie widać ? - pyta ironicznie podnosząc do góry piwo.
- Mówiłeś, że nie palisz... - mówię cicho.
- Nie pale paląc... nałóg jest silniejszy niż sądziłem.
- Nałóg ? - pytam zaciekawiona a za razem jakoś nie chce mi się z nim gadać.
- Tak, nie paliłem od roku ale ty przyszłaś z tym do domu i to mi już nie dawało spokoju więc znowu zacząłem.
- A alkohol ?
- To tak na przystawkę, nie piję dużo - mówi lekko się uśmiechając.
- Okey... tylko dlaczego robisz to o trzeciej w nocy ?
- Nie chciałem abyś wiedziała, bo Dave stwierdziłby, że bierzesz ze mnie przykład - spojrzał na mnie i dopił piwo.
- Byś się podzielił a nie - wyszczerzyłam się.
- Eee, za młoda jesteś - wyciągnął w moją stronę język.
- Phi, to nie fer ..  - gromie go wzrokiem.
- A co tu jest fer ? - zapytał patrząc na mnie. - Idź spać - rzekł po chwili.
- Dochodzi czwarta, na dwie godziny nie mam po co iść spać.
- Amy, dwie godziny to długo.
- Nie kłam ... to krótko - piorunuje go wzrokiem.
- Dobra, dobra... nie kłócę się - unosi ręce w geście obronnym. Chwilę po tym wstaje i ubiera trampki.
- Gdzie ty się wybierasz ? - pytam zdziwiona.
- Do parku - mówi krótko.
- Wybieram się z tobą w takim razie.
- Nie, ty idziesz spać - patrz na mnie wzrokiem mordercy.
- Ale ...
- Amy, żadnego ale... powiedziałem spać.
- Znowu zaczynasz wojnę ? - warczę.
- Ty ją zaczynasz, miałaś spać i tyle.
- Cholera jasna nie jesteś moim ojcem !
- Am, uspokój się ... - mówi łagodnie.
- Nie ! Idź już sobie i może lepiej nie wracaj tutaj ! - wkurzyłam się, mam dość jego komentarzy i robienia ze mnie dziecka który nic nie umie zrobić.
Wyszedł nie mówiąc już ani słowa.

*Chester*

Chce sobie spokojnie wypić piwo i spalić fajkę ale nie bo Amy musi wstać i wypytywać się mnie co ja robię o trzeciej w kuchni. Nosz kurwa ... nic już nie mogę zrobić.
Chciałem iść do parku pobiegać ale ta od razu chciała iść ze mną. Nie zabiorę jej bo to będzie dla niej cios. Nie chce jej krzywdzić ale ta zawsze mówi mi tylko, że nie jestem jej ojcem. Szkoda mi jej ale ona też mnie wkurza.
Mam jej ochotę czasem wszystko wygarnąć ale nie jestem taki i tego nie zrobię.
Biegam około godziny po parku. Wracam do mieszkania i wita mnie pies. Rzadko to robi no chyba, że Amy coś się stało.
Kurwa Amy !
- Gdzie ona jest ? - mówię do psa aby mnie zaprowadził do niej.
Axel podbiega do drzwi od łazienki. No chyba go jebło, nie wejde tak sobie do łazienki.
Axel drapie w drzwi dając znać, że serio coś jest nie tak.
- Amy ? - pytam pukając do drzwi. Ani słowa, zero. Nic.
- Amy, otwieraj ! - krzyczę. Nadal cisza, cholera coś na prawdę musiało się stać.
Naciskam na klamkę, otwarte. Uchylam lekko drzwi i zaglądam do pomieszczenia. To co widzę szokuje mnie. Amy leży na ziemi, z jej wewnętrznej stony nadgarsta spływa strumień krwi a obok dłoni leży żyletka.
- Wariatka, debilka - pomyślałem. Wziąłem ją na ręce i wybiegłem z mieszkania do auta. Zawiozłem ją do szpitala i czekałem co powiedzą lekarze.


Nuuuda ;-;. Nic z tego ciekawego nie wyszło ale kij może ktoś przeczyta :3

niedziela, 31 maja 2015

Rozdział 4

Leżałam na łóżku twarzą w poduszce. Dlaczego, dlaczego ja, dlaczego mnie zawsze spotyka najgorsze ? Płakałam, nie wiedziałam co ze sobą zrobić. A może tak skończe ze sobą ? W moich myślach układały się często takie scenariusze. Wylecieć przez okno, utopić się, połamać się na schodach albo podciąć sobie żyły. Ta ostatnia myśl była najlepsza według mnie. Z resztą, już kiedyś się cięłam... mam piękne blizny na łydkach i przedramionach. Usiadłam na łóżku i nie wiedziałam co ze sobą począć.
- Amy, otwórz drzwi - usłyszałam głos Chestera za drzwiami.
- Spierdalaj, zostaw mnie... - wymruczałam przez łzy. Na przeciwko mnie stało lusterko, zobaczyłam że jestem rozmazana. Super teraz wyglądam jak straszydło na wózku inwalidzkim...
Sięgnęłam po chusteczki i wytarłam oczy, nadal wyglądałam okropnie ale właśnie szkarada kryje się pod tapetą. Podpuchnięte i czerwone od płaczu oczy.
Po jakiejś godzinie użalania się nad sobą wyjechałam z pokoju i pojechałam do kuchni po kubek kawy.
- Ja... - Chester się odezwał ale ja mu przerwałam.
- Dam sobie rade i nawet do mnie nie podchodź - wycedziłam przez zęby.
Wypiłam kawę w milczeniu, widziałam jak mój opiekun patrzył się na mnie obserwował każdy mój ruch, zastanawiał się co zrobię. Wkurzało mnie to, no bo ile można się gapić w jedno miejsce ? Wrzuciłam kubek do zmywarki i ruszyłam w stronę wyjścia z mieszkania.
- Gdzie idziesz ? - zapytał.
- Nie interesuj się...
- Weź psa - powiedział stanowczo.
- Phi, nie dzięki. On zostaje tutaj - rzekłam i wyjechałam z mieszkania. Wpakowałam się do windy i bez zastanowienia udałam się w stronę parku. Gdy dojechałam na miejsce, zobaczyłam wiele radosnych osób. Ciekawe z czego się tak cieszą ... piekło jest na Ziemi później jest lajcik. Potrząsnęłam głową i powoli jechałam przez park. Ludzie się na mnie patrzyli z różnych powodów. Zauważyłam na przykład jak młoda para zerkała na mnie z współczuciem, jacyś debile się śmiali, niektórzy się uśmiechali. Przejechałam przez dywan z jesiennych liści i wjechałam prosto do sklepu. Kupiłam tam paczkę papierosów i żyletki. Trzeba się jakoś odstresować. W drodze powrotnej wjechałam w ciemny zaułek, w którym nieraz bywałam. Zapaliłam papierosa. Ugh, jak dawno tego nie robiłam. Czuję się już trochę lepiej ale nadal twierdzę, że sama sobie ze wszystkim poradzę. W tej samej chwili weszła jakaś banda popaprańców. Chyba była gruba impreza, czuje sam alkohol. Zaczęli mnie zaczepiać. mówiłam im aby się ode mnie odwalili ale to zdało się na nic. Próbowali się do mnie dobrać, gdyż stwierdzili, że będę łatwym łupem. I tak by się stało gdyby nie Axel, zaraz co ? Skąd on tutaj, jak ? Nie Chester... głupi popapraniec którego nie trawię. Gdy ten zajmował się moimi "kolegami" odjechałam nie chciałam mieć nic z nim wspólnego. Dotarłam do domu w całym kawałku.. eh... niestety. Wjechałam do łazienki gdzie urządziłam sobie kąpiel. Moje ręce nie były tak silne abym mogła wyciskać po sto kilo ale siebie podnieś mogę. Byłam w łazience jakieś trzydzieści minut. Następnie udałam się do kuchni aby sięgnąć popielniczkę i pojechałam do salonu. Ubrana w czarną koszulkę Rolling Stones z wielkim czerwonym językiem na środku i w czarnych dresach położyłam się na kanapę. Włączyłam telewizor, zapaliłam papierosa i myślałam o tym wszystkim dzisiaj.
Trzask, drzwi zamknęły się z taką siłą, że nie wiedziałam czy z zawiasów nie wyleciały. Zniżyłam się trochę na poduszce, nie chciałam patrzeć na Chestera, pewnie zakablował już wszystko Dave'owi co wyprawiałam. Zapaliłam kolejnego szluga.
- Zostaw to - usłyszałam za sobą głos.
- Nie, masz coś do tego ? - wzięłam bucha.
- To nie zdrowe, szczególnie dla ciebie i nie masz jeszcze osiemnastu lat.
- Cholera, nie jesteś moim ojcem ! Jak coś ci się nie podoba to droga wolna. Wynoś się, nic ani nikt cię tutaj nie trzyma ! - nakrzyczałam na niego.
- Amy ! - usłyszałam Dave'a, nie jeszcze tego tutaj brakowało.
- Spierdalaj ... - wymruczałam.
- Słyszałem - powiedział wściekły.
- Miałeś słyszeć, czego chcesz ? - kolejny buch.
- Po pierwsze zostaw tą fajkę, po drugie co to ma być za dziecinne zachowanie, chcesz aby ci się coś stało ?! - krzyknął jak najgłośniej.
- Bierz.. - powiedziałam do Axela a ten zaczął na niego warczeć.
- Weź mi tego kundla !
- Gryź - tak jak powiedziałam tak pies zrobił ugryzł Dave'a z całej siły w nogę.
- Puść... i co braciszku, nadal twierdzisz, że potrzebuje obrońcy w postaci jakiegoś debila ?
- Tak, pies to nie wszystko. On ci życia nie uratuje.
- Tobie może nie, mi tak - spojrzałam na Chestera i zobaczyłam, że nieźle mu dali po mordzie. Miał limo pod okiem i rozwaloną wargę która nadawała się tylko do szycia.
- Siadaj na krześle - powiedziałam do brata. Pojechałam po apteczkę.
- Masz i opatrz sobie nogę a ty masz lód - rzuciłam Chazowi worek.
Wszyscy milczeliśmy, tylko od czasu do czasu było słychać odgłos zapalniczki którą podpalałam papierosy.
Zbliżała się dziesiąta w nocy, nic się nie działo więcej, Dave już wychodził na szczęście i nie będzie już krzyczał.
Zostałam sama z Chesterem.
- Przepraszam - wyjąkałam po czym pojechałam do siebie. Położyłam się na łóżku i zaczęłam słuchać muzyki przez słuchawki.
- Mogę ? - Chester uchylił drzwi i zapytał.
- Tsa... - wywróciłam oczami.
- Co chcesz ?
- Słuchaj nie pakuj się w takie coś jak dzisiaj - powiedział szybko.
- A co ci tak zależy ?
- Bo mi się podobasz - rzekł a mnie zamurowało. Przez chwile nie wiedziałam co powiedzieć.
- Yhymm, jasne... jedź do szpitala niech ci zaszyją tą wargę - powiedziałam obojętnie.
- Chce właśnie to zrobić ale zostanie z tobą mój kumpel, Kenji.
- Co ? Nóż ? Nie no spoko przynajmniej się zabije. Ok - uśmiechnęłam się.
- Nie, nie nóż. Lada chwila przyjdzie tutaj Mike zostaniesz z nim i weź się zachowuj przyzwoicie.
- Idź już sobie - po moich słowach on wyszedł z pokoju ale również zadzwonił dzwonek.
- Cześć, gdzie się tak urządziłeś ? - zapytał ten Mike, Chestera.
- Później ci powiem a teraz zostaniesz na chwile z tą dziewczyną - powiedział i wyszedł.
Mike szukał chyba mojego pokoju albo patrzył jak tutaj jest. Słyszałam tylko kroki. Nagle wszedł.
- Cześć - powiedział trochę zaskoczony.
- Cze... - widziałam, że chłopak patrzył się raz na mnie a raz na wózek.
- Co się tak patrzysz ?
- Nic, po prostu myślałem, że jesteś mniejsza...
- Ile myślałeś, że mam lat ? - zapytałam.
- Siedem - powiedział.
- Pudło... siedemnaście. Tak w ogóle jestem Amy - usiadłam na łóżku i podałam mu rękę.
- Mike, miło mi - rzekł po czym znowu jego oczy patrzyły raz na mnie a raz na wózek.
- Tak jestem kaleką... - powiedziałam pomijając jego pytanie.
- A, sorki ale zastanawiałem się jak to powiedzieć.
- Trzeba było od razu zapytać "Jesteś kaleką ?" To nie gryzie.
- Chcesz ? - zapytałam pokazując na paczkę papierosów z której brałam fajkę.
- Nie dzięki, nie palę.
- Ale święci jesteście - wywróciłam oczami.
Porozmawiałam jeszcze chwilę z Mike'iem a później już Chester wrócił i przyszedł do mnie.
- Czego ? - nie chce go znać a on nadal mi dupę truje.
- Dobranoc - powiedział zawiedziony i stał przy drzwiach, już chciał wychodzić ale go zatrzymałam.
- Chester - usiadł na łóżku - przepraszam cię jeszcze raz i dziękuję - przytuliłam go, nie wiem dlaczego ale to było raczej odruchowe.
- Za co ? - pyta.
- Za ocalenie mi zadka - lekko się uśmiechnęłam i puściłam go a on wstał.
- Dobranoc - powiedział.
- Dobranoc - po moich słowach wyszedł a ja udałam się spać.

Przepraszam za błędy... rozdział pisany z telefonu. Tak powieszacie mnie teraz. Dawno nie było tutaj nic ale powracam. Jeśli ktoś tutaj jest to niech zostawi komenta :) ... będę wiedział czy jest sens w zabawę dalej z tym blogiem. Pozdrawiam
~ Chazzy

czwartek, 22 stycznia 2015

Rozdział 3

Czuję oddech na swoim policzku, jest taki przyjemy i ciepły a za razem taki ... śmierdzący ?  Zaraz co ? 
- Axel złaź mi stąd - krzyknęłam a pies posłuszne zszedł z łóżka. Patrzę na zegarek. Dziesiąta, przecieram oczy i chciałam już wstać i iść biegać ale zapomniałam o takiej małej drobnostce, która nazywa się kręgosłup i jego przyjaciel wózek. Wsiadłam na niego i skierowałam się do łazienki, po kilku minutach z niej wyjechałam. Chester jeszcze spał. A niech śpi przynajmniej nie będzie mi wszystkiego podawać, nie lubię tego. Wolę sama wszystko robić, a jak coś mi się nie udaje wiele razy to dopiero poproszę o pomoc. Wjechałam do kuchni i wstawiłam wodę na kawę po czym nasypałam Axelowi karmy i napełniłam mu miskę świeżą wodą. Uszykowałam sobie kanapki i pojechałam do salonu. Po około pięciu minutach woda zaczęła "gwizdać". Axel łaził cały czas za mną, co mu dzisiaj odbija ? Chwyciłam czajnik i co ? Pech.
- Kurwa ! - polałam sobie rękę wrzątkiem. Spojrzałam czy jest Axel w pobliżu, nie ma go. Drzwi do pokoju Chestera są otwarte...
- Nie debilu wracaj tu, nie budź go. Axel ! - krzyknęłam na czworonoga. Włożyłam rękę pod zimną wodę. Oby Chester się nie doczepił. 

***
Chester 

Taki piękny sen a tu nagle szczek, szczek, szczek, szczek. Przecież w moim śnie nie ma żadnego psa...  Zaczęło mnie coś drapać, piekła mnie ręka. Nagle coś mnie polizało po twarzy. Szybko otworzyłem oczy Axel cholero ! 
- Złaź z wyra ! Daj spać... - położyłem się na brzuchu i wtuliłem się w poduchę. 
- Axel chodź tu, nie budź go. Nic mi nie jest - słyszałem Amy jak woła psa. Zaraz... nic nie jest czyli musiała coś sobie zrobić. Wstałem z łóżka, przetarłem twarz i przeczesałem włosy ręką, po czym poszedłem do kuchni.
- Cześć Amy, co sobie zrobiłaś ? - zapytałem przeciągając się. 
- Nic najwidoczniej on sobie coś ubzdurał - powiedziała wskazując jedną ręką na psa a drugą trzymając pod wodą. Rozglądam się po kuchni i zauważam rozlaną wodę.
- Oparzyłaś się - mówię z przekonaniem.
- Nie, nie prawda - wywróciła oczami.
- Jasne, jasne to po co trzymasz rękę pod wodą ? 
- A wiesz ... bo lubię - uśmiechnęła się głupio. 
- Amy mogłaś mnie obudzić pomógł bym Ci. 
- Nie chcę twojej pomocy, nie chcę niczyjej pomocy to, że jestem na wózku nie oznacza, że trzeba mnie traktować specjalnie. Sama dam sobie radę ze wszystkim. 
- Dobra ale jeśli zmienisz zdanie ... - przerwała mi.
- Nie zmienię zdania jestem samodzielna czaisz to koleś ?! - wkurzyła się i nawrzeszczała na mnie. 
- Amy uspokój się. 
- Nikt nie będzie mnie uspokajał ! - wjechała do swojego pokoju i się w nim zamknęła. 

***
Amy

Położyłam się na łóżku. Dlaczego ja mam tak zjebane życie, dlaczego ?! 




A więc CDN nie mam czasu na resztę ^^ hyhy jutro będzie... pozdrawiam :P