poniedziałek, 14 września 2015

Rozdział 11

Budzę się cały zdyszany i zgrzany, oddycham ciężko i przy okazji patrzę na zegarek, który pokazuje 3.15
Siadam na łóżku patrzę ponownie na zegar i przecieram twarz dłońmi. Wstaję i przebieram się w dres, zabieram telefon i wychodzę.
Nie będę tutaj siedział do szóstej czy siódmej rano. Wybiegam z domu i sprintem do parku po czym truchtem w dalszą drogę. Nogi niosą mnie same prosto na... cmentarz... Staję przed uliczką i ją uchylam. Skrzypi niemiłosiernie, zaraz wszystkich martwych pobódze i będzie tutaj niezły The Walking Dead... i to w 3D a nawet w 4D.
Kieruje się prosto na grób mojego brata,  którego prawie nie znałem. Miałem cztery lata kiedy on odszedł... Młody chłopak teraz kończyłby dwadzieścia jeden lat... W sumie po co ja tutaj ? Co mnie tutaj sprowadziło ? Poczucie winy ? Nie wiem... jest trzecia trzydzieści i nie myśle o tej godzinie. Odwracam się na pięcie i jak najszybciej chce stąd wyjść. Gdy opuszczałem teren należący do zmarłch poczułem na karku lodowate powietrze. Zesztywniałem po czym biegłem jak najszybciej do domu... niestety papierosy na kondycje dobrze nie wpływają więc miałem kilka postoji.
Wpadam do domu jak nawiedzony, Axel na mnie warczy jak na obcego i siedzi przede mną.
- Odejdź, wracam do łóżka.
Pies ani drgnie. Omijam go łukiem zrzucając adidasy i wracam na moje miejsce. Jest czwarta... czy jest sens iść spać ?
** Dave **
Piąta godzina... spać nie mogę, cały czas myślę o Sarze... Dlaczego ona, a nie ja ? Kręce głową i idę po jakieś picie. Nalewam sobie wody i siadam za aneksem. Zerkam w strone kanapy i widzę, że nie ma na niej Amy. Marszcze brwi i kręce głową. Wypijam całą wodę i wstawiam... znaczy nie mam gdzie wstawić szklanki, bo zmywarka pełna. Włączam ją. Obym nic nie spartplił...
Wracając do pokoju zerkam przez uchylone drzwi Chestera. Widzę Amy wtuloną w niego... przynajmniej ona ma kogoś...
** Amy **
Wstaje, nie marnujmy dnia. Jest ósma chłopaki jeszcze spią a ja jade do kuchni uszykować jakieś śniadanie sobie i im.
Piramida kanapek stoi dostojnie w salonie i czeka aż Milordzi się ockną ze snu. Popijam kawę i zastanawiam się nad wczorajszym postąpieniem Chestera. Po co on mnie przeniósł ? Radzić sobie umiem a kanapa nie gryzie, więc ja tutaj nie widzę problemu spania na niej... Eh... zrozum tu facetów - wywracam oczami na tę mysł i biorę łyk kawy.
- Hej piękna - łyk, który był przed chwilą w mojej buzi wrócił do kubka.
- Nie jestem piękna i nie dyskutuj... przez ciebie nawet już kawy nie dopije...  - gromię go wzrokiem.
- No przepraszam - szczerzy się szeroko.
- I jak ja mam ciebie tutaj zrozumieć ?
- Nie da sie - kładzie mi ręce na ramiona i szepcze do ucha.
- No cześć, co tutaj się wyprawia ? - do kuchni wchodzi lekko uśmiechnięty Dave.
- Cześć... eee... nic ? - mówię równo z Chesterem.
- No jasne, już ja znam takie "nic" - wywraca oczami.
- Ja was nigdy nie zrozumiem - unoszę ręce do góry i opuszczam.
Jadę do pokoju przebrać się i zostawiam tych chłopczyków samych.
** Chester **
- Ty i Amy jesteście razem ? Tak wiem wale prosto z mostu ale wolisz chyba tak niż owijanie w bawełne ... - w tej chwili świat się zatrzymał i szczęka mi opadła aż do samej podłogi.
- Nie... bez przesady ona mi wypomina najczęściej, że nie jestem jej ojcem i mam siedzieć cicho i spierdalać.
- Cała ona... ale jak nie jesteście razem to co ona robiła rano u ciebie w łóżku ? - czy ten koleś musi pytać wprost ?!
- Spała... szkoda mi jej było na kanapie.
- Czyżby ? - morduje mnie wzrokiem.
- Nie zjedliście się ? Nie ? To się cieszę - wraca Amy w momencie idealnym.
- Dave proszę cię a nawet błagam... weż Axela na spacer, nic ci nie zrobi... błagam - Amy robi słodkie oczka do Dave'a a.ten jej ulega i bierze tą krowe na spacer.
Zostaliśmy sami tak jak przed jego powrotem.
- O czym gadaliście ?
- O tobie...
- W sensie ?
- Czy jesteśmy razem i co robiłaś dzisiaj u mnie w łóżku...
- Ołł... przecież ja tylko tam spałam...
- Tak mu powiedziałem ale zaczął mordować mnie wzrokiem.
- Nie przejmuj się nim - lekko się uśmiecha.
- Okey, jakoś przeżyje - szeptam jej do ucha i szybko całuje.
- Chazz... - Amy wzrokordercy też ma opanowany do perfekcji ale ja na to nie reaguje i się uśmiecham.
Tym razem opowiadanie zajęło mi trzy notki w telefonie... ale wiem, że 11 rozdział nie trzyma się kupy ani troche... Błędów pewnie od cholery ale nie mam jak ich poprawić... bo mądry ja spaliłem twardy dysk ale to tak na 50% ... W sumie jest jedna aktywna osoba na tym blogu i widzę w podglądzie, że i tak was jest mało... chciałem to zakończyć ale za dobrze się pisze więc chyba zostanę.. CHYBA. Co do rozdziałów będą się pojawiać maxymalnie do 5 dni... mam na głowie trochę nauki i myśle, że mnie zrozumiecie i wybaczycie a więc czołem. Widzimy się w 12 rozdziale ^^
Soldier Chazzy udaje się na spoczynek... hehe żart idzie pisać opowiadania ^^ bo cierpi na bezsenność :) Pa ^^

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz